Gospodarka

czwartek, 18 czerwca 2009

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie wydał orzeczenie (sygn. I SA/Kr 957/08), z którego wynika, iż nieoprocentowana pożyczka jest zyskiem dla pożyczkobiorcy. Dlatego trzeba zapłacić oprócz PCC (podatku od czyności cywilnoprawnych) w wysokości 2%, dodatkowo podatek od odsetek, które by się zapłaciło, gdyby pożyczka została udzielona przez bank. Taką korzyść trzeba ujawnić fiskusowi. Jesli się tego nie uczyni, grozi za to kara finansowa. (notka ze strony internetowej "Rz").

Z punktu widzenia prawniczego i ekonomicznego jest wszystko w porządku. Brak odsetek od pożyczanej kwoty jest zyskiem, gdyż zatrzymujemy tę kwotę w swojej kieszeni. Więc jako, że się wzbogacliliśmy, powinniśmy zapłacić podatek od wzbogacenia. Jest małe ale. Nie zawsze państwu opłaca się przymuszać swoich obywateli do postępowania lege artis. Dlaczego?? Bowiem zmusza ich do wypracowania metod postępowania mających na celu omijanie tych zbyt szczegółowoy traktowanych przepisów. W tym przykładzie rozwiązanie jest takie. Pożyczam koledze pewną kwotę pieniędzy, piszemy umowę i określamy wysokość odsetek. Informuję urząd skarbopwy o tej pożyczce i płacę PCC. Następnie, zbliża się termin zapłaty. Spłacam pożyczoną kwotę i odsetki poprzez przelew bankowy. Wszystko jest zgodnie z prawem, urząd skarbowy jest zadowolony. Ale następnie zwracam koledze te odsetki już z ręki do ręki. I fiskus o tym nie dowie się. I w ten sposób umowa pożyczki oprocentowana stała się nieoprocentowana. Wszyscy są zadowoleni. Tylko, że obywatel jest nauczony obchodzenia przepisów prawnych. I nie ma pewności, że tego nie zastosuje względem innych, które powinny być przestrzegane bezkompromisowo. Ale co tam. Zysk dla fiskusa jest tu i teraz, nieważna przyszłość.

Mam jeszcze jedną świetną propozycję dla organów skarbowych. Niech ścigają tych, co kupują rzeczy taniej lub nie kupują. Wszak oni też mają zysk w postaci niewydanych pieniędzy. Niech informują US o zaoszczędzonej kwocie i płacą podatki. Aha, NIK wytknęła urzędom skarbowym, iż niechętnie podejmują egzekucję zaległych należności podatkowych od dużych firm i doprowadzają je do przedawnienia. Nihil novi sub sole. Przecież łatwiej ścigać szaraczka niż grubą rybę.

poniedziałek, 11 maja 2009

Przedstawiam Państwu mój nowy pomysł na biznes. Oczywiście od tego momentu każdy kto zechce go użyć, musi mnie płacić tantiemy. Dotyczyć to będzie głównie koncernów multimedialnych, gdyż ów pomysł dotyczy ich działki. A więc zaczynamy. Po przeczytaniu rozmowy z dr Wojciechem Machałą (podaję link do rozmowy, ale wkrótce i to może być nielegalne) doszedłem do wniosku, iż teraz od zwyczajnej sprzedaży utworu muzycznego czy filmu bardziej opłacalne może być uzyskiwanie zadośćuczynienia. Natchnął mnie ten fragment rozmowy:

Nasze sądy najczęściej przyjmują, że ściąganie narusza interes twórcy. Co wtedy?

- Odpowiedzialność jest surowa. Karna - do dwóch lat więzienia, oraz cywilna. W praktyce najczęściej wytwórnie domagają się zryczałtowanego odszkodowania w wysokości dwu- lub trzykrotnej ceny sklepowej produktu.

Jeśli ściągnę z sieci pierwszy sezon "Gotowych na wszystko", który kosztuje w sklepie 179 zł, to mnożymy to razy trzy?

- Dokładnie.

I proszę. Zamiast się męczyć i liczyć się z nikłą sprzedażą oferowanych produktów czy "piractwem komputerowym", zarabiamy na odszkodowaniach sądowych!!. Oto przykład: serial 24 odcinkowy oferowany w USA po 2 $ za odcinek czyli za całość 48$ + koszt tłoku płyt + druk itp. niech kosztuje całość 60$. Teraz w Polsce ten produkt kosztowałby przeliczając po kursie 1 $=3 PLN (dla uproszczenia) 180 PLN. Ale to za mało, niech gawiedź z Bolandii wie, że to produkt elitarny z USA, więc doliczamy 10%* za napis "made in USA" + 10% za przewóz + 10% za walkę z globalnym ociepleniem + 10% w imię dobrych stosunków amerykańsko-polskich (wszak to są nasi sojusznicy i nie dadzą nam umrzeć z głodu). Razem mamy 252 PLN. Coś ta cena mało okrągła, więc jeszcze 10% za obecność Polski na liście krajów słabo walczących z piractwem. Drogo dla zwykłego zjadacza chleba w Polsce te 270 PLN? Trudno, to jest elitarny produkt, nie dla mas (chociaż w USA oferujemy to samo jako produkt dla każdego bo jest kryzys w cenie dużo niższej patrząc na zarobki). Polacy nielegalne kopiują i ściągają. Teraz dogadujemy się z policją i stowarzyszeniami ochrony praw autorskich. Procesik sądowy, orzeczenie sądowe i zamiast produktu za 252 PLN, którego prawie nikt nie kupił, mamy gratisowe 810 PLN. Co prawda, może być problem z egzekucją długu, ale wystarczy 50% skuteczność i zarabiamy że hej. I jeszcze głosimy wszędzie, iż jesteśmy stratni, bowiem nikt naszego produktu nie kupuje.  

Proszę przedstawicieli koncernów medialnych o kontakt ze mną w celu sutalenia honorarium dla mnie za ten nowatorski pomysł na biznes. Nie warto trudzić się z dostosowywaniem produktu do wolnego rynku, z ustalaniem ceny w takiej wysokości, aby sprzedać i zarobić. Teraz liczy się zysk przy minimalnym trudzie. Model ten sprawdza się głównie dla krajów na dorobku typu Polska, gdyż potrzebują one kredytów z naszych banków czy inwestycji naszych firm. Kraje takie jak Chiny odpadają, więc tam się staramy i oferujemy nasze produkty cenowo w zgodzie z tamtejszą rzeczywistością.

*te i kolejne 10% naliczam od ceny bazowej czyli 180 PLN.

czwartek, 09 kwietnia 2009
Już pół roku media ogólnoświatowe i polskie trąbią o wszechświatowym kryzysie ekonomicznym. Dla mnie to raczej spowolnienie gospodarcze niż kryzys, bowiem ten ostatni kojarzy mnie się ze stanem zapaści gospodarczej w stylu lat 30. ubiegłego wieku lub tego co się działo w PRL za Jaruzelskiego. Ale dla bogatej części świata, wszystko to co nie jest wzrostem, jest kryzysem. Ale do rzeczy.
 
Tak sobie patrzę, czytam i słucham jak rządy wielu państw probują skutecznie walczyć z ową katastrofą. I na razie głównym kierunkiem działań to interwecjonizm a la socjalizm. Czyli nacjonalizacja, sterowanie ręczne gospodarką, drukowanie pieniądza celem pobudzenia konsumpcji, dopłaty dla kupująych określone dobra przemysłowe, dopłacanie do bankrutów. Jednym słowem, coś czego liberał unikał i czym się brzydził. Jak na razie Polska pozostaje trochę w tyle za tymi "świetlanymi i nowoczesnymi" metodami działań. Co prawda nie daje grubych miliardów złotych bankom (vide USA, Wielka Brytania), nie wykupuje akcji czyli nie następuje częściowa nacjonalizacja (Niemcy), ale i tak mamy z ukrytymi na razie formami pomocy sprzecznymi dla mnie z wolnym rynkiem.
 
I tak oto, głośny program "Rodzina na swoim" to nic innego jak pompowanie kasy developerom, którzy zamiast obniżać ceny za ich słabo sprzedające się produkty (mieszkania), co byłoby zgodne z liberalizmem, dostają zastrzyk gotówki. Obniżają oni ceny tylko do pułapu wyznaczonego dla danego województwa i ani złotówki mniej. I mamy oligopol wspierany przez państwo, który drenuje budżet państwa czyli nas, podatników. I to w imię pomocy dla rodzin chcących kupić mieszkanie. Jakby ceny spadły do poziomu ogólnoeuropejskiego czyli cena za metr kw. równa miesięcznej pensji, to by developerzy nie mieliby problemów z upłynnieniem mieszkań i tak by zarobili wystarczająco. Ale oni się przyzwyczaili do nierzeczywistych wpływów i nie chcą zejść na ziemię. A ponieważ jakoś mało kto się pali do kupowania wedle tego programu w obecnym kształcie, to się pojawiają pomysły pomocy państwa dla nich. Ich propozycje to jawna kpina. Objęcie programem tylko nowowybudowanych mieszkań (przeciez akurat kupno z rynku wtónego jest lepsze na start życiowy), podwyższenie limitu kosztowego z 30% na 60-70% (ten limit to tak naprawdę zarobek firm developerskich). O reszcie głupot nie piszę, można tu sobie poczytać - link. Czekam teraz na program "Szynka dla każdego", dzięki któremu kupujący będą dostawac częściowy zwrot kupna szynki w wysokości 10%, ale tylko za produkt z ceną do 25 zł/kg. A producenci wędlin lub sklepy akurat sprzedawać będa szynki tylko za 24,99zł/kg. 
 
Również  wielcy przedsiębiorcy z Lewiatana upominali się o pomoc państwa dla siebie.  Oczywiście zatroskani byli o swoich pracowników, których trzeba będzie zwolnić bez pomocy państwa dla przedsiębiorców. A ja się pytam - czy my mamy kapitalizm czy socjalizm?? Jak na początku lat 90. padały nierentowne firmy, ludzie szli na bezrobocie, to Lewiatan przypominał o kapitalizmie, o możliwości przebranżowienia się, szukania pracy w innej części kraju czy nawet za granicami Polski.  Grzmiał na nierobów, że nie chcieli brać pracy za minimalną płacę. To teraz ja mam dla nich taką radę. Czyńcie wedle tych samych rad, zobaczcie jak to jest na wolnym rynku, kiedy prowadzenie firmy, to nie tylko sukces, ale też i porażka. Bankructwo jest wpisane w ryzyko prowadzenia firmy. Nie należy przerzucać tego ryzyka na barki społeczeństwa.
 
PS. 10.IV.2009 No proszę bardzo.  Nawet pan Marek Wielgo się ze mną zgadza (chcoiaż nie wiem czy to zaszczyt ;-]). Napisał, iż "Rodzina na swoim" to trzymanie poziomu cen mieszkań na poziomie odstającym od rzeczywistościi nijak związanym z możliwościami finansowymi Polaków. Warto poczytać jak dotychczasowy nadworny piewca developerów kąsa swoich płatników - link.

 
1 , 2 , 3