Podkarpacie

piątek, 28 września 2012

Jacek Kuroń w książce Wiara i wina opowiada o spotkaniu 10 grudnia 1976 r. z biskupem przemyskim:

...Biskup Ignacy Tokarczuk opowiadał, jak wizytował wiejskie parafie. To się odbywa z wielką pompą: wyjeżdża naprzeciw banderia na koniach, święto jest i w ogóle cuda. W jednej wsi gdzieś na terenach silnego przedwojennego ruchu ludowego przyjęto go z niesłychaną zupełnie pompą, przekraczającą wszystko, co spotykało go gdzie indziej. Potem był obiad z Radą Parafialną i starzy chłopi mówią do niego:

- A wie ksiądz biskup, dlaczegośmy księdza biskupa tak witali?

Nie wiem.

- Jak w 1937 roku ostatni raz biskup do nas przyjechał, to nikt nie przyszedł, parę dewotek, myśmy w ogóle naprzeciw niemu nie wyjechali. A wie ksiądz biskup dlaczego? Dlatego, że on zwalczał strajk chłopski.

Tu biskup Tokarczuk mówi:

- Oni nie są tacy, ża jak jest sukienka duchowna, to zaraz będą słuchać. Nie, oni swoje wiedzą, o swoje wojują.

Tak mu powiedzieli jeszcze:

- Wy byliście przeciw nam, tośmy was nie witali, a teraz jesteście z nami i z tego powodu wam się należy. To są nasze przeprosiny dla tamtego biskupa, choć nie chcemy cofnąć tego, cośmy zrobili.

21:21, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Podkarpacie
Link Komentarze (3) »
wtorek, 23 listopada 2010

Gazeta Wyborcza niezliczoną ilość razy powieliła mit o klerykalnym Podkarpaciu, głosującym na PiS pod dyktando Kościoła.

Tymczasem takie wyjaśnienie, proste i leczące kompleksy mieszkańców "metropolii", nie jest moim zdaniem prawdziwe. Pomijam to, że podkarpackie wyniki PiS wcale nie są takie świetne, jak to przedstawia Gazeta. Może napiszę o tym kiedy indziej, a może czytelnik sam zechce poszukać szczegółów na stronach PKW, gdy już będą opublikowane. Tutaj chcę napisać o dwóch ogólnych zjawiskach.

 

1. Głosowanie do władz wyższych szczebli jako czerwone światło dla partii rządzącej.

Usilnie lansowany przez PO i Gazetę Wyborczą mit o "metropoliach" (hłe, hłe, Mellehowicz!*) tak naprawdę ma na celu racjonalizację faktu, że pewne regiony Polski są niedoinwestowane i w planach partii rządzącej mają takimi pozostać.

Wyborcy z tych regionów doskonale zdają sobie z tego sprawę. Skoro więc są olewani przez rządzących - głosują na opozycję. I to jest zupełnie logiczne posunięcie, które nie ma nic wspólnego z dyktaturą kleru.

Jeśli chodzi o Podkarpacie, w ostatnich latach tak się dzieje w głosowaniu do władz wyższych szczebli, np. do Sejmu.

(Również w pewnym stopniu widać to w głosowaniu do sejmiku województwa - choć tam PiS wygrał minimalnie i w efekcie stracił większość na rzecz koalicji PO-SLD-PSL. Już w tym przykładzie mamy coś niestereotypowego: Szeroka koalicja centroprawicy z komuchami? Na klerykalnym Podkarpaciu? Kto by pomyślał, państwo redaktorzy, prawda?)

 

2. Głosowanie do władz niższych szczebli nie z klucza partyjnego, tylko na podstawie bezlitosnych konkretów.

Podam przykład z przedwczorajszych wyborów. Na "pobożnym Podkarpaciu", w Rzeszowie, zaistniała taka sytuacja:

Wybory wygrał po raz trzeci lewicowy prezydent Ferenc. Jednak okazało się, że w jego macierzystym okręgu, na osiedlu Nowe Miasto, gdzie był jak dotąd bardzo popularny - nagle przegrał z konkurentem z PiS. Czyżby osiedle stało się pobożne i głosowało pod dyktando Kościoła?

Wręcz przeciwnie!  Wyborcy zagłosowali na złość na prawicowego Cyprysia, żeby zemścić się na lewicowym Ferencu za... podlizywanie się Kościołowi!

Otóż Ferenc wywołał na osiedlu aferę, bo próbował oddać Kościołowi kawałek boiska szkolnego na budowę nikomu niepotrzebnej kaplicy. Ludzie zaczęli protestować i Ferenc musiał się wycofać. A potem jeszcze dostał baty w wyborach. Jakże to nie pasuje do stereotypów o klerykalnym Podkarpaciu, nieprawdaż, państwo redaktorzy?

Jak widać, w wyborach lokalnych nie ma miejsca na myślenie kalkami partyjnymi. Liczy się to, co który działacz robi, a nie do której partii należy. To tylko głupi, niezorientowani dziennikarze tworzą szkodliwe mity.

A mit o zacofanym, klerykalnym Podkarpaciu jest szkodliwy, bo sam siebie nakręca: Im bardziej region jest przedstawiany jako ciemna, zabobonna prowincja, tym mniejszą "światli" mieszkańcy "metropolii" mają ochotę, żeby go doinwestowywać. I szafa gra, rząd jest zadowolony, że udało się zaoszczędzić trochę grosza pod ładnym pretekstem budowania "lokomotyw rozwoju".


* W razie jakby ktoś nie wiedział: W Trylogii Sienkiewicza zły Azja ukrywa się pod przybranym nazwiskiem dobrego pana Mellehowicza. W Trójce leci od lat "Rycerzy trzech", parodia Trylogii. W audycji wszyscy z grzeczności udają, że nie wiedzą, kim jest ten pan. Jednak ile razy pada jego nazwisko, tyle razy komuś wypsnie się: "hłe hłe, Mellehowicz".

08:11, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Podkarpacie
Link Komentarze (10) »
niedziela, 15 sierpnia 2010

Odwołam się do dość zleżałego tekstu pana Gadomskiego ("Polska w sercu wandala"), w którym tworzy obraz Polaka z południowo-wschodniej części naszego kraju - wyrzucającego śmieci po lasach, nie działającego dla dobra wspólnego, budującego okropne domy-gargamele, nie lubiącego obcych.

Gorący patriotyzm deklarowany przez większość Polaków kłóci się z niskim poziomem kapitału społecznego, czyli gotowością do podejmowania działań wspólnotowych. Lasy stają się wysypiskami śmieci, a dotyczy to także (a może przede wszystkim) Polski południowo-wschodniej, szczególnie "patriotycznej", katolickiej i wspólnotowej. Miłość do Polski nie jest przeszkodą w dewastacji polskiego krajobrazu zaszpecanego koszmarnymi budami, billboardami i "pałacykami" w stylu Gargamela.

Spędziłem 2 tygodnie na Podkarpaciu, w mojej rodzinnym zakątku. Obecnie bywam tam co jakiś czas, wedle rodziców za rzadko. I dlatego mam świeże, krytyczne spojrzenie na to co tam się dzieje. Jednak mimo zapewnień pana Gadomskiego, śmieci tam dużo mniej niż w Warszawie czy w województwie mazowieckim (widziałem w Dolince Służewieckiej worek śmieci położony przy latarni, obok jechały samochody czy też śmieci wyrzucane na trawniki) . Podobnie jakoś nie natknąłem się na sterty śmieci zalegające po lasach, co do niedawna było normą w lasach wokół Legionowa. Znam przypadek mieszkańca jednego z największych miast w Polsce, który mieszkając w domku jednorodzinnym oszczędzał na wywozie śmieci i codziennie jadąc do pracy wstępował na osiedle-blokowisko, aby tam wyrzucić swoje odpadki. Daję głowę, że w Warszawie pełno jest takich zaradnych i do tego z siebie dumnych. Podobnież Warszawa i jej okolice biją cały kraj w ilości syfnych billboardów, koszmarnych bud czy gargameli (może Podhale jednak konkurować o palmę najohydniejszej części Polski pod tym względem). Po przyjeździe z Niemiec, gdzie szyld jest wykonany prawie jak dzieło sztuki, Warszawa jawi się jako miasto z azjatyckim bajzlem, gdzie im więcej i z bardziej krzykliwymi kolorami, tym lepiej. Jednak Podkarpacie z paroma wyjątkami (na ich policzenie wystarczą palce z jednej dłoni) jest oazą spokoju dla zmęczonych oczu tym warszawskim, wielkomiejskim (sic!) burdelem. Ale jak zwykle GW swoim czytelnikom ukazuje niby-landię (Podkarpacie), gdzie jest gorzej niż w Polsce A. Pod każdym względem. Rzygać się chce od tego. A czytelnicy łykają te bzdury jak młody pelikany.

PS. Co do unikania podatków i pracy na czarno, to są to procesy niezależne od sympatii politycznych. A budowa oczyszczalni ścieków została wyśmiana przez panią minister rozwoju regionalnego jako działanie na rzecz małych ojczyzn. Tak więc pan Gadomski powinien również wysunąć zarzut ten także pod adresem pani minister, pochodzącej ze Śląska Opolskiego, jakże prężnego i samorządowego.

 
1 , 2