środa, 13 czerwca 2007
Gazeta.pl podaje za Rzeczpospolitą (bez żadnego komentarza!) informację sformułowaną tak, aby wywołać w czytelnikach święte oburzenie: "Msza erotyczna" z występem roznegliżowanych tancerek uświetniła pięciodniowy zjazd niemieckich ewangelików w Kolonii! Sodoma i Gomora!

Nie mam pojęcia, dlaczego obie gazety uważają swoich czytelników za idiotów. Język niemiecki nie jest w naszej części świata szczególnie egzotyczny, a dotarcie do internetowego wydania Spiegla średnio rozgarniętemu internaucie zajmie kilka sekund. Z niemieckiej gazety dowiadujemy się "troszeczkę" czegoś innego:

  • Gazeta.pl i Rzeczpospolita piszą: Msza erotyczna.

    Spiegel pisze - nie msza, a nabożeństwo. Kto chodził w szkole na religię, ten powinien załapać różnicę.

  • Gazeta.pl i Rzeczpospolita "przytaczają" słowa pastora Buschnera: Erotyzm nie jest oddzielony od Boga. Trzeba dać upust swej żądzy.

    Spiegel przytacza je całkiem inaczej: Erotyzm i pożądanie nie są oderwanymi od Boga, zakazanymi obszarami. Pożądanie "chce" być przeżyte w pełni.

  • Gazeta.pl i Rzeczpospolita: Potem uczestnicy mszy masowali się wzajemnie, a w rytm muzyki tańczyły skąpo ubrane tancerki.

    Spiegel pisze natomiast, że duchowny zaprosił gości do wzięcia udziału w rytuale namaszczenia, do pomasowania sąsiadom czoła i dłoni. W samej rzeczy, zdjęcia na stronie Spiegla pokazują obie te czynności.

    Jeśli chodzi o jakoby skąpo odziane tancerki, na zdjęciach Spiegla widać tylko dwie, każda tańcząca solo. Ubrane są w sukienki. Wykonują coś w rodzaju baletu nowoczesnego. Cóż, jedynie przy niektórych figurach widać im gatki...

Warto zresztą przyjrzeć się minom i postawom zebranych. Impreza jako żywo w niczym nie przypomina dzikiej orgii.

Ze strony Focusa poznamy jeszcze opowiastkę prowadzącego spotkanie duchownego: Lekarz rodzinny zaskoczył go raz pytaniem - Czy modlicie się z żoną regularnie i czy regularnie współżyjecie? Tu pastor wyjaśnił nowe, głębsze rozumienie skompromitowanego pojęcia "małżeńskiego obowiązku": Zarówno duchowość, jak i erotyzm - żyją ćwiczeniem. Po rytuale namaszczenia leciwa mieszkanka Bawarii, Gertrud Schirmer (lat 72) przyznała, że z całego spotkania ta ceremonia wydaje się jej najpiękniejsza. Na zakończenie wszyscy zmówili "Ojcze nasz" i ksiądz pobłogosławił obecnych słowami: Chwalcie Boga waszym ciałem, waszym pożądaniem i waszą czułością.

I kto tu wyszedł na śliniącego się poszukiwacza obleśnych podniet? Ano dziennikarze Gazety i Rzeczpospolitej. Nasi polscy dziennikarze.

Myślę, że sam papież Benedykt XVI nie zgorszyłby się tą imprezą. Jego nowa encyklika jest przecież o Erosie.




P.S. Najśmieszniejsze z tego wszystkiego - to że jedyną polską gazetą, która trzyma poziom jest... Dziennik:

Kazanie dotyczyło udanego życia erotycznego małżonków. W trakcie czytania Biblii między wiernymi tańczyły ubrane w przewiewne suknie kobiety, a uczestnicy mszy jako wyraz miłości smarowali sobie nawzajem dłonie i czoła wonnymi olejkami.
20:17, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Religia
Link Komentarze (4) »
wtorek, 12 czerwca 2007
Pozwól, drogi Leszlongu, że wetknę ci szpileczkę. W całej tej dyskusji na forach i w mediach denerwuje mnie jej jednostronność. Gdy tylko Giertych powiedział: zakładajmy szkoły jednopłciowe, bo dają lepsze wyniki w nauce - to zaraz wszyscy się rzucają do krytyki, że wcale nieprawda, bo właśnie lepsze wyniki w nauce są w szkołach koedukacyjnych!

Tymczasem ważniejsze od wyników w nauce jest wychowanie do życia w społeczeństwie. Raczej o tym warto podyskutować.

Przypowieść do przemyślenia (inspirowana wpisem forumowiczki ysobeth):

W czasach, gdy szkoły jednopłciowe były jeszcze standardem, psychologowie uważali, że typową fazą w rozwoju dorastających dziewcząt jest okres zakochiwania się w nauczycielkach. Irena Krzywicka opowiada o przedwojennej szkole żeńskiej: Przez rok chyba wykładałam też w gimnazjum, i to w jednej z wyższych klas. (...) Miałam wówczas lat dwadzieścia, a uczennice szesnaście, siedemnaście. (...) Dziewczynki były miłe i z zainteresowaniem słuchały lekcji, bo ja - obok głupstw - mogłam im dać i rzeczy cenne, byłam bowiem naprawdę oczytana. Ale co gorsza, tłumnie, jak to bywa u pensjonarek, kochały się we mnie. Pewnego dnia, kiedy weszłam do klasy, zobaczyłam na wszystkich pulpitach moje fotografie. Zareagowałam niezmiernie ostro: kazałam fotografie schować i powiedziałam, że gdyby coś podobnego jeszcze raz się powtórzyło, będę zmuszona zrezygnować z nauczania. Bardzo były potem markotne, niektóre płakały. Stare krowy, były przecież prawie moimi rówieśnicami. Odprowadzały mnie też po kilka do domu, ale i temu musiałam położyć kres, bo inne były zazdrosne. Jedna kochała się we mnie rozpaczliwie, gorączkowo, zasypywała mnie listami. Słowem, bez mojej wiedzy i woli, wytworzyła się w klasie niezbyt zdrowa atmosfera.

Irena Krzywicka, Wyznania gorszycielki

Jednak najciekawsze jest to, że u dzisiejszej młodzieży żeńskiej ta "typowa faza rozwoju" jakoś niepostrzeżenie przestała występować... Wpółczesne siedemnastolatki pękłyby ze śmiechu, gdyby ktoś je posądził o wyżej opisane zachowania.
19:54, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Społeczeństwo
Link Komentarze (6) »
Minister Giertych zapowiedział realizację koncepcji "edukacji zróżnicowanej" tj. oddzielnych klas dla dziewcząt i chłopców. Początkowo miałoby to być po jednym takim gimnazjum w województwie (gimnazjum??, skoro mają być zlikwidowane zgodnie z chęciami ministra Giertycha). Start najwcześniej we wrześniu 2009r. Więcej o szczegółach tego pomysłu w artykule.
Ale zwolennicy szkół zróżnicowanych uważają, że dzięki nim dziewczęta poprawiają wyniki z przedmiotów ścisłych i są bardziej zmotywowane do uprawiania sportu, bo pozbywają się kompleksów wobec chłopców. Z kolei chłopcy mają być bardziej zainteresowani nauką i chętniej brać udział w kółkach dyskusyjnych, muzycznych, teatralnych i plastycznych, od których w szkołach koedukacyjnych stronią.
No coż, ten cytat jest dla mnie okazją do śmiechu. Przecież obecnie w szkołach koedukacyjnych nie ma lekcji tzw. wf-u koedukacyjnego, lecz właśnie rozdzielonego ze względu na płeć. Nikt dziewczynom nie przeszkadza uprawiać sportu, kompleksy nabywają w trakcie dorastania ze względu na powszechnie obowiązujące przesądy dotyczące kobiecości i sportu. A chłopców już widzę jak garną się do kółek teatralnych i plastycznych. Jakimś cudem zainteresowania takimi kółkami nie było w zawodówkach i technikach, a tam prawie sami chłopcy w klasach. Muzyką chlopcy zawsze się interesują, ale te kółka nie byłyby oblegane bo nie wierzę, że przy tym ministrze "heavy metal", "hiphop" czy "punk" by przeszedł. Co do wyników nauczania koedukacyjnego polecam przeczytać raport OECD pt. "Education at a Glance: OECD Indicators - 2006 Edition. Summary in Polish", gdzie jasno jest napisane, że:
Równowaga płci: pod względem wyników w nauce dziewczęta wyprzedzają chłopców.
Różnice wykształcenia między płciami zmieniają się na korzyść kobiet. W przypadku osób w wieku 55–64 lata tylko w trzech krajach średni czas trwania formalnego kształcenia jest dłuższy dla kobiet, ale w grupie 25–34 lata średnia liczba ukończonych lat kształcenia jest wyższa dla kobiet w 20 z 30 państw OECD. Z pozostałych 10 państw tylko w dwóch (Szwajcarii i Turcji) różnice przekraczają pół roku na korzyść mężczyzn.W 19 z 22 państw OECD i w trzech państwach partnerskich, w których całkowita liczba absolwentów obu płci jest porównywalna, więcej dziewcząt niż chłopców kończy szkoły ponadpodstawowe II stopnia. Różnica na korzyść dziewcząt przekracza 10 punktów procentowych w Danii, Finlandii, Islandii, Irlandii, Nowej Zelandii, Norwegii, Polsce, Hiszpanii i Brazylii. W Turcji liczba absolwentów jest o osiem punktów procentowych wyższa dla chłopców. W Korei i Szwajcarii różnica jest mniejsza niż jeden punkt procentowy.

Wniosek: klasy koedukacyjne nie szkodzą dziewczętom, skoro o wiele dłużej się kształcą niż chłopcy. Przy realizacji koncepcji Giertycha, to wówczas dziewczyny krócej by się kształciły i .... No właśnie, o co tu chodzi? Swego LPR propagowała swój pomysł na walkę z bezrobociem w postaci przymusowego zwalniania kobiet i zatrudniania na ich miejsce mężczyzn. A w razie realizacji tej koncepcji, to w przyszłości gorzej wyedukowane kobiety mające problemy ze znalezieniem pracy, jedynie co by mogły robić to tylko prowadzić dom. I tu jest sedno tej koncepcji, sprowadzić kobiety jedynie do roli rodzicielki i karmicielki. Wiedza w tej roli nie jest potrzebna, przy okazji można ideologicznie przygotować dziewczynki.

Na potwierdzenie mojego wniosku znów się sięgnę do raportu OECD, tym razem za rok 2004.
Płeć a wyniki nauczania oraz nastawienie uczniów.
Na poziomie czwartej klasy dziewczynki osiągają średnio znacznie lepsze wyniki niż chłopcy w umiejętności czytania; wśród uczniów w wieku 15 lat różnica między płciami pod względem umiejętności czytania jest zazwyczaj duża (tabela A9.2 oraz A9.3). Jesli chodzi o matematykę, 15-letni chłopcy mają w większości krajów nieznaczną przewagę nad dziewczynkami: w przypadku przedmiotów ścisłych prawidłowości odnoszące się do płci są mniej wyraźne i dość nierówne (tabela A9.2). W przypadku wiedzy obywatelskiej wśród 14-latków ujawniają się mniejsze różnice w wynikach nauczania związane z płcią (tabela A9.4). Wydaje się, że dziewczęta mają większe oczekiwania odnośnie do przyszłego zawodu niż chłopcy, ale istnieją znaczne wahania oczekiwań obu płci w poszczególnych krajach (tabela A9.1). W mniej więcej połowie badanych krajów więcej dziewcząt niż chłopców wolało naukę opartą na współpracy, zaś chłopcy w większości krajów wykazywali większą niż dziewczynki skłonność do nauki opartej na współzawodnictwie (tabela A9.5b)
A teraz weźmy się za profesora Riordana.
Wczoraj tłumaczył, że nie można jednoznacznie wykazać wyższości tego typu szkół nad koedukacyjnymi. Według niego na osiągnięcia uczniów trzykrotnie większy wpływ mają środowisko domowe (m.in. poziom wykształcenia rodziców i dochody) oraz środowisko szkolne (umiejętności nauczycieli i innych uczniów).
Skoro edukacja zróżnicowana tak mocno nie wpływa za zmianę jakości nauczania, bo ta jest zależna od środowiska domowego i szkolnego (co doskonale można wyczytać ze wspomnianych raportów OECD za lata 2004 i 2006), to odgórne wprowadzanie takiej koncepcji edukacji jest zastanawiające. Znów pozwolę sobie zacytować, tym razem ze streszczenia referatu prof. Riordana wygłoszonego w Barcelonie w kwietniu br..
Riordan twierdzi, iż rzeczywisty wpływ, jaki ma uczęszczanie do szkoły koedukacyjnej, czy też zróżnicowanej, w najlepszym wypadku jest mały, a często będzie tak niewielki, że statystycznie nie będzie wykrywalny. Wyjaśnia on, że naiwnym byłoby myślenie, iż wszyscy uczniowie, na każdym poziomie, skorzystają z kształcenia zróżnicowanego. Niektórzy z nich mogą sobie radzić całkiem nieźle w szkołach zróżnicowanych w porównaniu do szkół koedukacyjnych, podczas gdy inni mogą reagować negatywnie, a jeszcze innym nie sprawi to żadnej różnicy. Niekiedy wpływ może być uwarunkowany cechami ucznia i wyjątkowymi cechami każdej szkoły. Kiedy obliczy się średnią pozytywnych i negatywnych efektów, nie powinno dziwić, iż efekt szkolny jest taki mały.
Klasy jednopłciowe jako cudowne lekarstwo to bzdura. Sam propagator tej idei powtarza, że nie wszystkie dzieci na tym korzystają. Dużo więcej zależy od nauczycieli i rodziców, aby tym słabszym uczniom pomóc. Ale na to nie ma pieniędzy, woli i chęci pomocy ze strony ministerstwa, bawiącego się w snucie i realizcję pomysłów nieprzemyślanych, pochopnych czy wręcz głupich.