piątek, 08 czerwca 2007
Kilkanaście dni temu odbyło się na Śląsku duże wydarzenie religijne: Pielgrzymka Mężczyzn. Brał w niej udział również premier Jarosław Kaczyński. Wywołało to falę złośliwych komentarzy: internauci skojarzyli pielgrzymkę samych mężczyzn z paradą gejów. Było to mało wyszukane i powierzchowne. Jak zwykle w przypadku takich hałaśliwych faktów medialnych, nikt nie zwrócił uwagi na głębsze sensy.

Po co organizuje się pielgrzymki mężczyzn? Należą one do tradycji kościelnych imprez "stanowych", powstałej w czasach, gdy poszczególne grupy społeczne były silnie rozgraniczone, a każdej przypisywano powołanie do innych spraw.

Tegoroczna pielgrzymka odbywała się właśnie pod hasłem "Przypatrzmy się powołaniu naszemu". Arcybiskup Damian Zimoń nie miał wątpliwości, że istnieje coś takiego, jak powołanie mężczyzny - i że jest ono zasadniczo różne od powołania kobiety:

Mężczyzna to mocny człowiek. Mówi się dzisiaj czasem, że jest deficyt mocnych ludzi, mężczyzn. Trzeba ludzi zdolnych do ryzyka, do zmiany, do podjęcia wyzwań, do mocnej ekspansji, do odwagi. Bracia, mężczyzn trzeba! Przyszliśmy tu, by się jeszcze bardziej nimi stać.
W dzisiejszych czasach paradoksalnie to mężczyźni żyją w ciasnym gorsecie stereotypów. To mężczyźni potrzebują emancypacji. Wmawia się im, że muszą być "mocni", "zdolni do ryzyka"... Nawet jeśli ktoś jest z charakteru spokojny, musi robić za macho. Albo mieć wyrzuty sumienia, że nie dorasta do oczekiwań. Niezależnie od ich prawdziwych cech charakteru, mężczyźni muszą tacy być, bo inaczej... nie są "prawdziwymi mężczyznami".

Obecnie już nie wypada zwracać się do kobiet wprost - "rób to i to, bo inaczej nie jesteś prawdziwą kobietą". Tymczasem mężczyzn takie otwarcie stawiane wymagania spotykają na każdym kroku. Mężczyźni żyją pod ogromną presją stereotypów i nawet sami nie zdają sobie z niej sprawy. Żeby tę presję jakoś "przetrawić", wmawiają sobie, że to jest ich "naturalne powołanie".

Uważam, że już pora aby na wzór ruchu feministycznego powstał ruch wyzwolenia mężczyzn.
17:10, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Społeczeństwo
Link Komentarze (14) »
Artykuł o kościelnym marketingu: Reklama dźwignią wiary.

Reklamy upraszczają rzeczywistość.
Rzeczywistość tak złożona jak religia nie znosi uproszczeń.

Oto przykład: W pokazanych w artykule polskich reklamach [1,2] - bardzo dobrych plastycznie i koncepcyjnie - jedna rzecz nie gra. Plakaty reklamują przykazanie "Nie kradnij" sugerując, że pojęcie kradzieży odnosi się również do stereotypowo pojętej własności intelektualnej. Taki plakat właśnie teraz, gdy wybuchają gorące spory na temat sprawiedliwości prawa autorskiego!

A przecież grzech nie polega na prostym "wykroczeniu przeciwko prawu państwowemu". Nawet więcej, chrześcijanie są zobowiązani przeciwstawiać się niesprawiedliwemu prawu!

Katechizm Kościoła Katolickiego:
1903. Władza jest sprawowana w sposób prawowity tylko wtedy, gdy troszczy się o dobro wspólne danej społeczności i jeśli do jego osiągnięcia używa środków moralnie dozwolonych. Jeśli sprawujący władzę ustanawiają niesprawiedliwe prawa lub podejmują działania sprzeczne z porządkiem moralnym, to rozporządzenia te nie obowiązują w sumieniu. "Wtedy władza przestaje być władzą, a zaczyna się bezprawie" (Jan XXIII, enc. Pacem in terris, 51.).
Tak oto reklama spłaszcza złożoną rzeczywistość i narzuca fałszywe poglądy religijne.
15:39, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Religia
Link Komentarze (4) »
Pod artykułem Tadeusza Bartosia Fałszywi obrońcy życia pan Artur Kuć, teolog, komentuje:

(...) Problem, który wyłania się z artykułu - jak ma postąpić parlamentarzysta skonfrontowany z projektem zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej - jest dużo bardziej skomplikowany. Mieści się on w sferze tak zwanej teologii moralnej szczegółowej, a nawet kazuistyki. Niestety p. Bartos nie zadał sobie trudu podjęcia debaty na płaszczyźnie moralno-teologicznej; ba: nie wszedł nawet na grunt teologii moralnej ogólnej, mającej formułować zasady katolickiej refleksji teologiczno-moralnej. (...)

Uważam jednak, że sposobem na skorygowanie klimatu panującego wśród "ślepo wiernych papieżowi" katolikow (czy też "fałszywych obrońców życia") jest wykazanie im, że sam papież zachowuje w tej kwestii legislacyjny "zdrowy rozsądek".

W ten sposób jego artykuł byłby dyskusją z doktryną Kościoła, a nie tylko panującym w nim „klimatem”.

Zainteresował mnie ten punkt widzenia. Nie żeby mi się podobał - przeciwnie. Lecz znalazłam w nim coś, co jest bardzo reprezentatywne dla Kościoła katolickiego. Wielki nacisk na precyzyjną kodyfikację nauki Kościoła wygenerował podział na teologów i nie-teologów. (Wciąż jeszcze w dużej mierze pokrywa się on z podziałem na duchownych i świeckich.) To z kolei oznacza podział na specjalistów, którzy stanowią i tłumaczą prawo oraz na tych, którzy mu podlegają. Lecz jednocześnie sytuacja ta sprowadza religię do zbioru paragrafów "podanych do przestrzegania".

Poniżej moja odpowiedź panu Kuciowi. (Zastrzegam, że jest to tekst nieco zmodyfikowany w stosunku do tego, co napisałam na forum. Proszę go potraktować jako osobną polemikę).

Szanowny Rozmówco! Patrzy Pan na zagadnienie z punktu widzenia zawodowego teologa. W artykule Bartosia brakuje Panu profesjonalnej analizy teologicznej problemów związanych z aborcją i w szczególności ze stanowieniem prawa związanego z aborcją. Dla Pana dopiero teologia moralna szczegółowa i kazuistyka byłaby w stanie coś wyjaśnić. Tymczasem Bartoś zdaje się CELOWO unikać mieszania w to teologii moralnej szczegółowej, kazuistyki i w ogóle wchodzenia w teologiczne meandry.

Dlaczego? Dlatego, że on chce pokazać, iż chrześcijaństwo to NIE teologia moralna szczegółowa, NIE kazuistyka i nawet WCALE NIE teologia. Pora zdać sobie sprawę, że rozwiązywanie wielkich problemów chrześcijaństwa - ludzkich, praktycznych problemów - nie może się odbywać na płaszczyźnie teologicznych spekulacji.

Ja nawet rozumiem "zawodowe skrzywienie" teologa, który swoją religię widzi przede wszystkim przez pryzmat teologii. Ale problemy ludzi należy rozwiązywać między ludźmi i na sposób ludzki. Kościół też musi o tym pamiętać. Ludziom, w obliczu ich życiowych dramatów, nic nie da teologiczne teoretyzowanie.

Otóż właśnie Bartoś dyskutuje tutaj ŚWIADOMIE z "KLIMATEM". Nie z teologią, bo teologia to nie jest to co na codzień dzieje się w głowach szeregowych katolików i szeregowych księży - w każdym razie teologia rozumiana tak, jak Pan ją rozumie - jako szczegółowe kanony moralistyki czy wręcz kazuistyka. Bo to są dramaty, to są emocje - teologią taką, jaką Pan ją widzi ludzie przejmują się najmniej. Również ludzie jak najbardziej należący do Kościoła. Bo przecież tak czy inaczej teologia jest dla człowieka, a nie człowiek dla teologii. I słusznie Bartoś zaczyna dyskusję o tych problemach od perspektywy człowieka, a nie od teologicznych spekulacji.

Spogląda Pan na chrześcijaństwo z punktu widzenia spekulacji teologicznych i... legislacji. Rozumiem to u zawodowego teologa, ale wolałabym, żeby nie było to spojrzenie większości chrześcijan. I na szczęście nie jest. Bartoś to zauważa, natomiast kłopoty z zauważeniem tego mają inni teologowie oraz duszpasterze.

Pan mówi: przekonajmy ludzi, że papieska legislacja jest OK. A więc zakłada Pan, że to będzie dla kogokolwiek argument. Że ludzie swoje chrześcijaństwo rzeczywiście przeżywają "prawniczo", tak że argument prawniczy do nich trafi. Tymczasem tak nie jest. Ba, podejrzewam, że większość ludzi rozczarowanych Kościołem - jest w rzeczywistości rozczarowanych właśnie tym, że w Kościele środkiem przekonywania są paragrafy. Lub - w lepszym wypadku - abstrakcyjne spekulacje.

No więc dobrze. Nawet jeśli papieska legislacja okazałaby się łagodniejsza, niż to niektórzy przypuszczają - co to tak naprawdę załatwia? Nie załatwia całości problemu i wszystkich tych dramatów wokół aborcji. Do tej większej całości należą również inne kwestie - odpowiedzialności lekarzy, odpowiedzialności aptekarzy, odpowiedzialności bliźnich w ogóle, kwestie antykoncepcji, etyki seksualnej, itd itd. A co do każdej z tych kwestii papież rzecz jasna stosuje taką lub inną legislację. Edukować o tej legislacji? Można. Ale nie przypuszczam, żeby coś się w Kościele poprawiło, gdyby każdy katolik doskonale znał aktualne paragrafy. Zmienić trzeba przede wszystkim ten wspomniany przez Pana "klimat". A jego zmiana z pewnością nie nastąpi poprzez samo uświadomienie ludziom treści paragrafów.

Tymczasem odnoszę wrażenie, że Pan ma idealistyczne podejście do rzeczywistości: Niech wszyscy dobrze poznają wykładnię teologiczną i prawną, a Kościół będzie chodził jak w zegarku. Zapewne, gdyby Kościół składał się cały z teologów takich jak Pan - to by mogło zadziałać. Jednak rzeczywistość jest całkiem inna. Co więcej, w szerszej perspektywie zmienić należałoby nie tyle "klimat" wokół aborcji i etyki seksualnej, co rozumienie roli teologii. Życzyłabym sobie, żeby teologia Kościoła katolickiego przestała być pojmowana tak, jak Pan proponuje. Rozumna refleksja nad wiarą i Objawieniem nie musi od razu przybierać postaci kodeksów i zbiorów kazusów. Powinna być ludzka, a nie prawnicza.
11:39, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Religia
Link Komentarze (1) »