wtorek, 10 marca 2015

Felietony Stanisława Lema "Na szalach bałkańskiej wagi" i "Szklany but" z 1995 roku (publikowane w Tygodniku Powszechnym, a potem zebrane w książce "Lube czasy"). W Rosji rządził wtedy Jelcyn, ale powoli przejmowali wpływy - jak ich określa Lem - militaryści. Putin jeszcze do 1997 roku coś tam robił w Petersburgu. Podkreślam to, bo to nie tak, że wszystko, co teraz wylazło na wierzch, jest zamysłem Putina. Lem zwraca uwagę, że Zachód wciąż wpada w monomanię i daje się nabierać na wizję, że wszystko w Rosji zależy od jednego człowieka, czy to Gorbaczowa, czy Jelcyna. Czy - powiedziałby pewnie dziś - Putina. Choć ci dwaj pierwsi byli w oczach Zachodu "bohaterami pozytywnymi", a ten ostatni jednak nie do końca, ale mechanizm monomanii jest ten sam. Tymczasem jest inaczej. Zamysły i plany robione są nie przez jedngo człowieka, a przez szersze i dłużej działające siły. Gdy Lem pisał te teksty, w byłej Jugosławii toczyła się wojna (co mnie dodatkowo szokuje, to liczby żołnierzy posłanych z Zachodu by opanować ten konflikt - liczby krytykowane przez Lema jako za małe - ile one wynosiły w porównaniu do liczby żołnierzy przysyłanych dziś, by strzec granic NATO...) I już podczas tamtej wojny jakieś rosyjskie mózgi myślały nad planami... 

To, co się dzieje ostatnio w dawnej Jugosławii, od czasu gdy rozzuchwaleni Serbowie zaczęli przykuwać naszych między innymi wojskowych do obiektów strategicznych i wzięli prawie czterystu żołnierzy "błękitnych hełmów" do niewoli, jest moim zdaniem rodzajem poligonu. Rozgrywają się na nim wojskowe manewry, których głównym obserwatorem jest Rosja. Rosja uważnie przypatruje się temu, w jaki sposób Zachód daje, a raczej nie daje sobie rady z niesłychaną czelnością serbskich przywódców, którzy po kolei łamią rozmaite międzynarodowe umowy.

(...)

Jedna strona mydli wszystkim oczy, a druga bierze to za dobrą monetę. Co najwyżej na Adriatyk przypłynie kolejny lotniskowiec albo Francuzi czy Anglicy podeślą kolejną setkę żołnierzy - takie ukłucia szpilką, które na nikim nie robią już wrażenia.

Nie chodzi tylko o tę ponurą i straszną wojnę, chodzi o los Polski i innych krajów tak zwanej Grupy Wyszehradzkiej. W ciągu dziesięciu lat zakończy się w Niemczech epoka Kohla. Człowieka, który na tym stanowisku bardziej chciałby świadczyć nam poparcie w staraniach o doszlusowanie do Zachodu, nie znajdziemy. Kohl nie robi tego zresztą dla naszych pięknych błękitnych oczu, tylko dlatego, że nie chce, by Niemcy bezpośrednio sąsiadowały ze strefą rosyjskiego panowania i pomału odradzającego się rosyjskiego imperializmu.

Imperialne drożdże ciasta na razie jeszcze nie podniosą, bo przemysłowo-ekonomizcne zaplecze Rosji jest zdruzgotane. Ale rozwiązania typu militarnego, awanturniczego nawet łatwiejsze są do zrealizowania niż pokojowy wzrost gospodarczy i wprowadzanie demokracji. Poza tym kraj jest olbrzymi, pozbiera się szybciej, niż sądzimy, i w ciągu mniej więcej dekady suwerenność nasza znów może stanąć pod znakiem zapytania.

Zachód przejawia skłonność do monomanii - przedtem panowała gorbymania, teraz wszyscy przyczepili się do Jelcyna i uważają, że jak Jelcyn odejdzie, wszystko zaraz runie. Takie personifikowanie problemów wielkiego kraju i umieszczanie wszystkich inwestycji w jednej osobie to szaleństwo. Mówiąc szczerze, nie pożyczyłbym Jelcynowi dziesięciu groszy - polskich groszy. (...) Jelcyn jest zresztą tylko wykładnikiem pewnych sił, ustępuje na rzecz militarystów, bo nie ma przed sobą innej drogi. (...) W Rosji nie można się oprzeć na szlachetnych Kowaliowach, bo takich jest pięć i pół. Zresztą za dziesięć lat nie będzie już i Jelcyna...

(...)

Obawiam się natomiast, że o przyszłości w granicach dekady zadecyduje sposób, w jaki Pakt Atlantycki i Narody Zjednoczone reagować będą - jeśli będą w ogóle! - na coraz bezczelniejsze postępowanie Serbów. Dobrym słowem nic się tutaj nie wygra. Widzę na szalach tej wagi los Polski. (...)

Na długą metę nie ufałbym zresztą Amerykanom: tendencje izolacjonistyczne są w Ameryce bardzo silne, a politycy tamtejsi dość mocno sterowani badaniami opinii publicznej i nie chcą mierzyć sił na zamiary. 

Zachodowi brak siły przywodczej, (...) jest za to, zwłaszcza w Europie, kłębowisko rozmaitych, często sprzecznych interesów. (...)

Nie ma takiego nieszczęścia, do którego człowiek się nie przyzwyczai. Serbowie na Bałkanach stosują taktykę salami i przyzwyczajają wszystkich po trochu do swoich zbrodni. Pejzaż jest schizofreniczny: Karadzić ma zostać postawiony przed międzynarodowym trybunałem jako ludobójca, a równocześnie traktuje się go jako partnera rokowań. (...) Belg, co przewodzi teraz NATO, (...) zachowuje się jak kiedyś Chińczycy: "tysiąc czterysta siedemdziesiąte szóste poważne ostrzeżenie pod adresem Stanów Zjednoczonych"...

Najlepszym monumentem potęgi Zachodu mógłby być dziś dwupiętrowy szklany but z umieszczoną w nim równie dużą nogą, kiwającą paluchem. Po prostu - kiwanie palcem w bucie! Umieściłbym ten monument w Brukseli.

To wszystko zakrawa na kpinę i przypomina zdartą płytę: igła wciąż wpada w ten sam rowek. Nie ma wyjścia, musimy rokować. A jeśli zamordują pewną liczbę Francuzów? - już zamordowali! - no to może się wycofamy. Będzie wtedy jeszcze gorzej? Więc się nie wycofujmy - wzmocnijmy nasze siły i zamiast dwóch tysięcy żołnierzy poślijmy sześć. Nie ma odwagi, a przede wszystkim nie ma świadomości tego, że nie chodzi o zagrożoną pozycję lokalną ani o dzisiejszy czy jutrzejszy interes żadnej ze stron konfliktu, rozpętanego przez Serbów dla stworzenia Wielkiej Serbii, tylko o długofalowy proces, w którym stroną najbardziej zainteresowaną jest - jak tu przed tygodniem pisałem - Rosja.

Proces ten dokonuje się powoli. Nie było przecież tak, że jak Hitler wkroczył do Nadrenii, to następnego dnia wybuchła wojna. Wypadki toczą się w tempie typowym dla historii. Jestem bardzo zdziwionoy, że w tej skali i w tej perspektywie czasowej jakoś się ich nie postrzega. Henry Kissinger ogłosił bardzo rozsądny artykuł w "Heraldzie" (...), tłumacząc, że trzeba koniecznie kogo się da brać do NATO - ale to głos odosobniony. A tu Białoruś popełnia samobójstwo i dobrowolnie rezygnuje z suwerenności. Z Ukrainą trochę lepiej, bo świadomość narodowa, zwłaszcza w jej części zachodniej, ktra przed wojną do Polski należała, wydaje się silna. Umiarkowany ucisk, jakiemu Ukraińców w przedwojennej Polsce poddawano, okazał się dla ich poczucia tożsamości zbawienny, natomiast krwawe prześladowania, jakich ofiarą padły za Stalina białoruskie elity, poczucie to całkowicie zniwelowały.

Motywacje Zachodu są i w tym przypadku wyraźne. Mówiąc cynicznie: na Białorusi nie ma ropy ani diamentów, nie ma nic. Kazachstan i Ukraina są znacznie bogatsze, dlatego będą otrzymywać pomoc, a za pomocą w postaci miliardowych inwestycji stoi i stać musi rząd i Kongres amerykański. Musi, bo tak to jest urządzone na tym świecie. Jak długo jednak Ukraina jeszcze się trzyma - nie wszystko stracone. 

21:25, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Polityka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 stycznia 2015

Ponieważ polska hierarchia kościelna właśnie rzuca gromy na tabletki "dzień po", chciałabym zwrócić uwagę na ciekawą sprawę - Kościół katolicki na Zachodzie, uwaga! mając identyczny pogląd na kwestię śmierci niezagnieżdżonego zarodka, ma najwyraźniej bardziej zniuansowane podejście do tych pigułek:

Oto artykuł na jednym z zagranicznych portali katolickich.

Otóż zgodnie z argumentacją kościelną, jeśli dojdzie już do powstania zarodka, to nie wolno zapobiegać zagnieżdżeniu się go. Natomiast w powyższym artykule napisane jest, że w przypadku np. gwałtu jak najbardziej można wykorzystać drugi, i chyba główny, typ działania tabletki "dzień po", mianowicie nie dopuścić do jajeczkowania.

Teoretycznie da się to zrobić. Po prostu zalecają, że z kościelnego puktu widzenia wolno zażyć tabletkę, jeśli wiemy (spodziewamy się), że kobieta jest w fazie przedowulacyjnej. Z uwagi na żywotność plemników ma to jak najbardziej sens, bo plemniki mogą w drogach rodnych poczekać na owulację nawet kilka dni. Trzeba pamiętać, że sama faza owulacji, czyli wypuszczenie gotowego na zapłodnienie jajeczka i jego czas życia trwa bardzo krótko - kilka godzin - więc "utrafienie" ze stosunkiem w samą owulację byłoby bardzo mało prawdopodobne. Raczej jest tak, że plemniki czekają na nadchodzące jajeczko.

Jeśli natomiast wiemy (spodziewamy się), że do owulacji prawdopodobnie już doszło, to tabletki zażywać nie należy, bo może ona zapobiec zagnieżdżeniu istniejącego już zarodka. Trzeba pamiętać, że zapłodnione jajeczko przez kilka dni wędruje przez jajowód, zanim wreszcie dotrze do macicy i zagnieździ sie w niej. 

Oczywiście, gdyby wyznaczenie momentu owulacji było tak proste, to większość metod antykoncepcji przestałaby być potrzebna. Tym niemniej rzeczywiście na podstawie wywiadu z przebiegu cyklu miesiączkowego, usg jajników i z badań hormonalnych można w przybliżeniu wywnioskować, czy kobieta znajduje się w fazie przedowulacyjnej, czy około- lub poowulacyjnej.

Jak by nie patrzeć na skomplikowanie tych rozróżnień, jest to podejście Kościoła niewątpliwie łagodniejsze i bardziej oparte na wiedzy, niż w Polsce.

Do powyższego "oświeconego" podejścia zachodniego Kościoła oczywiście także można mieć zastrzeżenia:

Po pierwsze: Jeśli kobieta zażyje tabletkę zaraz po stosunku, to chyba małe jest prawdopodobieństwo, że za jej pomocą uśmierci zarodek - po prostu dlatego, że nawet w sam moment owulacji plemnikom zajmuje trochę czasu (godzin?), aby dotrzeć do jajowodu i spotkać się z komórką jajową. To wszystko nie dzieje się momentalnie! W tym samym czasie tabletka wchłania się, powoduje zmiany hormonalne zagęszczające śluz w drogach rodnych, przez co plemniki mają utrudniony ruch. Co nastąpi pierwsze? Zablokowanie ruchu plemników, czy jednak dotarcie plemników do jajeczka i zapłodnienie go? Trudno powiedzieć, jest to kwestia przypadku.

Po drugie: Po zmierzonym poziomie hormonów, po usg stanu jajników można stwierdzić, czy do owulacji już doszło - już, czyli ex post. Nie da się natomiast w żaden sposób stwierdzić, czy znajdujące się w drogach rodnych jajeczko jest zapłodnione czy nie - dopóki ono się nie zagnieździ, to nie wywołuje wykrywalnej reakcji hormonalnej organizmu. Zatem opisane wyżej podejście Kościoła to także loteria - zawężona, ale loteria - bo mówimy: jest prawdopodobieństwo (nie pewność!), że mamy do czynienia z zapłodnioną komórką, zatem na wszelki wypadek nie wolno nam robić nic, by ją uśmiercić. 

Jeśli jednak trzymać się konsekwentnie tej postawy probabilistycznej, to Kościół powinien zabraniać wszelkich aktywności, które mogłyby przypadkowo powodować śmierć potencjalnie zaistniałego zarodka. Podam przykład: niektóre kobiety mają za krótką ostatnią fazę cyklu. Faza ta służy w przypadku zapłodnienia do tego, aby zarodek miał czas się zagnieździć. Wiele kobiet nie wie, że ma za krótką tę fazę i leczy to dopiero gdy chce zajść w ciążę. Konsekwentnie, Kościół powinien wymagać jednak od wszystkich kobiet obowiązkowego leczenia takiej dysfunkcji, bo przecież prowadzi ona do przypadkowego niezagnieżdżenia zarodka.

Co więcej - w naturze, u zdrowych par starających się o dziecko, 3/4 zarodków się nie zagnieżdża. Konsekwentnie, Kościół powinien zastosować tu retorykę używaną przeciwko in vitro: Naturalne poczęcie każdego dziecka okupione jest "śmiercią trojga jego braci i sióstr". Osoby wielodzietne mają więc na sumieniu więcej uśmierconych zarodków, niż osoby stosujące prezerwatywy. A osoby mające problemy z płodnością, spowodowane trudnością z zagnieżdżeniem zarodka, powinny w ogóle nie próbować poczynać dzieci, bo skazują jeszcze większą liczbę zarodków na śmierć. Tak wynika z kościelnej logiki, gdyby trzymać się jej konsekwentnie.

Kościół odpowiada na to, że tutaj liczy się intencja: czy robię coś celowo, żeby uśmiercić zarodek, czy śmierć dzieje się "naturalnie". Ale tu przyłapuję Kościół na niekonsekwencji. Jeżeli niezagnieżdżony zarodek jest naprawdę pełnym człowiekiem, to taka argumentacja wobec życia ludzkiego nie powinna mieć miejsca. Jeśli np. wiemy, że dzieje się naturalny kataklizm, w którym ginie 75% ludzi, to brak przeciwdziałania i prób ratowania tych ludzi Kościół nazwałby grzechem, prawda? Naturalność kataklizmu nie usprawiedliwiałaby naszej bezczynności.

Na koniec chcę zwrócić uwagę na największą niekonsekwencję Kościoła w Polsce: Najzwyklejsze, funkcjonujące od lat w sprzedaży, tabletki antykoncepcyjne robią dokładnie to samo, co tabletka "dzień po". Zapobiegają owulacji, ale ewentualnie też jeśli mimo wszystko doszłoby do zapłodnienia, to zapobiegają zagnieżdżeniu zarodka. Będąc konsekwentny, Kościół powinien z równym zapałem żądać zakazu sprzedaży zwykłych tabletek antykoncepcyjnych i nazywać je "aborcją" oraz "trutką na dzieci".

Samo w sobie ciekawe jest, jak często efektem tabletek (czy to zwykłych, czy "dzień po") jest zahamowanie owulacji, a jak często - zapobieganie zagnieżdżeniu. Nie udało mi się znaleźć wiarygodnych danych na ten temat. Z czysto naukowej ciekawości chciałabym to wiedzieć.

Zasłyszałam też ciekawą, i chyba prawdopodobną informację, że tabletki "dzień po" (nie wiem, czy EllaOne, ale inne owszem - te oparte na dawce progesteronu) jeżeli zastosowane są przypadkiem w momencie już po zagnieżdżeniu zarodka, to mają działanie właśnie dobroczynne na ciążę. Otóż wprowadzają organizm sztucznie w "ostatnią fazę cyklu", fazę progesteronową, która chroni zagnieżdżony zarodek przed poronieniem.*

*) Edit: Ta informacja nie dotyczy EllaOne, lecz tabletek z gestagenami. Natomiast polecam wpis na blogu doktora endokrynologii, Jacka Belowskiego, na temat EllaOne: blog.endokrynologia.net . Co ciekawe, autor przedstawił kilka wątpliwości związanych z niedostatecznym wyjaśnieniem działania leku przez producenta. I w zasadzie te wątpliwości mogłyby zostać wykorzystane jako argument przez działaczy kościelnych z Terlikowskim na czele.

10:52, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Religia
Link Komentarze (11) »
sobota, 10 stycznia 2015

Ten pierwszy filmik, który zalinkowałam, a potem skasowałam - nie napisałam, o czym on był. W jakimś odruchu wyparcia. 

Dziewczyna z kałasznikowem, w białym zimowym uniformie. Gdzieś w polu, na skraju lasu. Na głowie ma bielusieńką, puszystą, futrzaną czapkę. Istna Śnieżynka. Mówi głosem jasnym i radosnym:

"Na radość ludziom, na śmierć wrogom - z Bożym narodzeniem, z Noworosją! Zwycięstwo będzie z nami!
A jeśli będziemy przegrywać - unicestwimy cały świat!".

Wykonuje kolisty gest ręką.
Rozbrzmiewa tęskna, szarpiąca za serce muzyka i w jej takt powoli, powoli rozkwita - grzyb atomowy.

Niektóre kopie tego filmu już poznikały z youtube.
Akurat w ostatnich dniach dużo się mówi o wolności słowa. Wolność słowa jako wartość absolutna? Czy może jednak nie?
Czy wolność słowa przysługuje przemysłowi, który seryjnie produkuje truciznę dla mózgów, mieszankę sekciarskiej religii i polityki?
W youtube jest opcja: Więcej > Zgłoś film > Przemoc/treści budzące odrazę > Propagowanie terroryzmu.

23:23, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Wschód
Link Komentarze (7) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 91