piątek, 28 października 2011

Było to w 1907 roku. Na warszawskim Zjeździe Kobiet Zofia Nałkowska wygłosiła referat o tym, jak zmiany w sytuacji społecznej kobiet wpłyną na etykę seksualną.

Referat wydrukowano następnie w krakowskim miesięczniku Krytyka. Wywiązała się polemika, która jest dziś przepyszną lekturą.

Przeciwko Nałkowskiej stanęli anonimowa pani X oraz dr Walenty Łukasz Miklaszewski, warszawski lekarz, antropolog i publicysta. Poglądów Nałkowskiej broniły feministki Maria Turzyma i Iza Moszczeńska.

Wiele można by tu komentować. Zwrócę tylko uwagę na kapitalny wątek dyskusji - czy kobieta jest w stanie odczuwać przyjemność z seksu?

I jeszcze na to, że dzisiejsi zwolennicy "tradycyjnej rodziny" mogą przeżyć cios, czytając jak to realnie wyglądało sto lat temu, w owych legendarnych złotych czasach, które szkoła i publicystyka sprzedaje nam dziś w formie "idealnych typów Orzeszkowej". Jak mówi Nałkowska: "Cały ustrój dzisiejszego życia erotycznego opiera się na jawnej poligamii i głęboko pod poziomem życia ukrytej albo daleko poza nawias życia wyrzuconej poliandryi." 

Źródła:
Krytyka , miesięcznik poświęcony sprawom społecznym, nauce i sztuce. R.9. 1907. T.2

Krytyka , miesięcznik poświęcony sprawom społecznym, nauce i sztuce. R.10. 1908. T.1

Krytyka , miesięcznik poświęcony sprawom społecznym, nauce i sztuce. R.10. 1908. T.2

20:05, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Społeczeństwo
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 10 października 2011

W wyborach 9.10.2011 zastosowano ustawę kwotową (zwaną też popularnie, choć niesłusznie, ustawą o parytetach): przynajmniej 35% miejsc na listach wyborczych było przeznaczonych dla kobiet.

Od początku nie zgadzałam się z ideą tego rodzaju przywilejów dla kobiet.
- Po pierwsze, z powodów zasadniczych: dla mnie oznacza ona traktowanie kobiet jak niepełnosprawnych. A przyzwyczajanie kobiet do takiej pozycji prędzej czy później się na nich zemści. Jednak to tylko moja prywatna opinia, kwestia gustu, można powiedzieć.
- Po drugie, ponieważ przewidywałam, że ustawa będzie nieskuteczna.

W latach 2005 i 2007 na listach było 24.5% oraz 23.1% kobiet. W parlamencie znalazło się w obu przypadkach około 20% kobiet.

Zwolennicy ustawy kwotowej argumentowali: Ludzie będą głosować mniej więcej proporcjonalnie do tego, co znajdą na liście wyborczej. Gdy na liście było 20% kobiet, to wybierali 20% posłanek. Gdyby zaś na liście było 50% kobiet, to wybraliby 50% posłanek.

Wyniki wczorajszych wyborów pokazują, że w dużej części nie mieli oni racji. Na listach wyborczych znalazło się 43.5% kobiet. Ściągnęłam dziś wieczorem dane z Gazety Wyborczej (brakowało tylko kilku mandatów, co może czynić różnicę poniżej procenta). I teraz nie wiem - mam wejść pod stół i odszczekać? Czy nie?

Bo okazuje się, że w Sejmie znajdzie się tylko 25% kobiet - niewiele ponad to, co w poprzednich wyborach, gdy kobiety nie były uprzywilejowane:

Jednak wyniki stają się sensacyjne, gdy popatrzeć na poszczególne partie! Idea parytetów zadziałała tylko w PO. Pozostałe partie, w szczególności te lewicowe, jakoby najbardziej obstające za równouprawnieniem kobiet, poniosły pod tym względem miażdżącą porażkę:



Już widzę prof. Środę płaczącą, że społeczeństwo nie dorosło. Lewica tyle dla nich zrobiła, a oni nie docenili...

A tutaj, dla porównania, analogiczne wyniki dla partii w wyborach z 2001 i 2007 roku. W SLD i PiS pomimo ustawy kwotowej tylko się pogorszyło. Ale, tak naprawdę, oprócz PO, poprawiła się też sytuacja w PSL. Niewspółmiernie mało w stosunku do liczby kobiet na listach, ale bardzo mocno, jeśli porównać z poprzednimi wynikami. Wygląda na to, że kwoty kwotami, ale bardziej liczą się kulturowe preferencje wyborców. Wyborcy SLD oraz Palikota okazują się awangardą patriarchatu...

Załączam plik z danymi i skryptami użytymi do tej prostej analizy. Nie udało mi się znaleźć statystyk, jaki procent kobiet był na listach wyborczych w latach 1991, 1993, 1997, 2001. Jeśli ktoś to znajdzie, proszę dać mi znać, a uzupełnię wykres.

***

Notką tą dorzucam się skromnie do nowego, bardzo obiecującego trendu: Ostatnio pojawiło się w polskim internecie kilku młodych naukowców, ludzi, którzy umieją liczyć - i oni po prostu zaczęli Polakom pokazywać, że nie medialne ściemnianie jest ważne, a liczby.

  • dr January Weiner zrobił piękną analizę podziałów politycznych i ideowych w Sejmie poprzedniej kadencji, przy użyciu narzędzi bioinformatyki

  • dr Przemysław Biecek założył całego bloga pod hasłem "Kwestionuj autorytety. Prawda jest w liczbach". Za pomocą narzędzi statystycznych analizuje tam różne aspekty życia w Polsce - politykę, edukację, sytuację mieszkaniową, ceny. Demaskuje nieprawidłowe używanie danych liczbowych przez media.

  • Blog dr. Jarosława Flisa - jedynego znanego mi politologa, który umie liczyć.

  • Tu miejsce na przyszły link - pewien mój kolega fizyk na użytek znajomych na Facebooku wykazał, że Państwowa Komisja Wyborcza nie miała racji mówiąc, iż nie da się przewidzieć frekwencji na podstawie poprzednich wyborów. Otóż jak najbardziej dało się. Jeśli kolega zgodzi się na udostępnienie swej analizy, to zalinkuję ją tutaj.
    EDIT: Analiza frekwencji znajduje się tu.

Mówi się, że etos inteligencki to przeżytek. Dawniej było to niesienie kaganka oświaty w prosty lud. Ale dziś? W czasach, gdy wszyscy kończą studia, który obywatel miałby być światlejszy od pozostałych?

Tak, prawdopodobnie skończyły się czasy inteligencji-humanistów. Ale nastały nowe czasy - gdy nie każdy rozumie podstawy matematyki i bardzo wielu ludzi, pomimo dyplomów uniwersyteckich, nie umie poradzić sobie z danymi liczbowymi. Tacy ludzie traktują liczby jak magię i łatwo padają ofiarą manipulacji mediów, polityków, instytucji finansowych. Czyżby tu pojawiało się zadanie dla nowej inteligencji?

Inteligencja 2.0 - ludzie wiedzący, o co chodzi w liczbach. I dobrowolnie dzielący się swą wiedzą z innymi. Kiedyś też przestaną być potrzebni. Ale dopiero wtedy, gdy obywatele zaczną masowo znać się na matmie.

23:32, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Społeczeństwo
Link Komentarze (25) »