czwartek, 23 kwietnia 2009

 

Wydarzenie sezonu w Warszawie czyli otwarcie kawiarni Starbuck`s. Oczywiście chyba wszyscy głupieją tam, bowiem "Dz" zamieścił notkę o tym, dla wielu młodych ludzi, "kultowym" miejscu. Podane argumenty za koniecznym pobytem tam są dla mnie przykładem zidiocenia młodych ludzi. Totalnego już.

Maciej i Martyna, studenci japonistyki na UW, specjalnie opuścili zajęcia, żeby przyjść na inaugurację. Oboje bywali w sieciowej kawiarni za granicą. ”Starbucks to styl życia, tu przychodzą ludzie wyluzowani, ale jednocześnie dobrze sytuowani, kosmopolici” - mówi Maciek. ”Słucham japońskiej muzyki i wszyscy moi idole piszą na blogach, że piją kawę od Starbucksa” - dodaje Martyna.

Ekstra motywacja dla tych studentów Szkoły Lansu i Balansu, idole na blogach piszą, że tam chodzą, to ona też musi. A jakby napisali, iż jedzą fekalia, to też by to robiła?? Nie dziwię się potem opinii niegatywnych Anuszki na temat studentów pozbawionych umiejętności samodzielnego myślenia i krytycznej postawy wobec świata. Ponadto jest to sieciówka czyli każdy biedny czy bogaty może wejść, a nie tylko wyluzowany, dobrze sytuowany kosmopolita (jak uważa ten chłoptaś). Ale dla tych studentów myślenie i krytycyzm to za dużo. Grunt, że ktoś wskaże kierunek, to tamtędy pójdą. A że wejdą na mielizny intelektualne, trudno, nie oni pierwsi i ostatni. Grunt, że korporacja zarobi na takich idiotach.

Oblężenie kawiarni przypomina gigantyczne kolejki w pierwszych w Polsce McDonaldach, jednak młodzież przesiadująca na Nowym Świecie krzywi się na takie porównanie. ”McDonald’s jest dla mas. Starbucks - dla wyższych sfer” - przekonuje Agata, 23-letnia studentka z UW

Jasne, a świstak zawija w sreberko, a łyżka na to niemożliwe.Jednak Starbuck`s jest dla mas, rzeczywistości nie da się zaklinać i zanegować młodzi ludzie. Idziecie na lep pseudoelitarności, tak jak moi równieśnicy 15 lat temu, kiedy krzywiłem się na McDonald`sa. Ten mały wycinek tego wielkiego świata to tylko sztuczność, kawałek plastiku. Zalecam poczytać sobie artykuł o tej sieci kawiarni, gdzie CEO Schulz "jeszcze rok temu twierdził, że Starbucks jest odporny na recesję, sprzedaje bowiem produkty, które są "luksusem dostępnym dla licznych". Luksus dostępny dla licznych czyli dla mas!! Tak, tak młodzi ludzie. Luksus dla mas to dewiza Starbucks`a. I jeszcze to gadanie młodych ludzi, iż zbiera się tam śmietanka towarzyska. Raczej chyba skisłe, zapleśniałe mleko UHT.

”Kubek z tej kawiarni kojarzy się z zabieganym mieszkańcem miasta. A przecież jak zabiegany, to i zamożny. Starbucks wyznacza więc przynależność do wyższej warstwy społecznej” zdaniem prof. Tomasza Szlendaka, socjologa młodzieży.

W Polsce akurat mamy dużo takich wyznaczników do wyższej warstwy społecznej, wszystkie one dotyczą produktów konsumpcyjnych i to najlepiej drogich, co nie znaczy dobrych. Jeśli cena wyznacza elitarność, to nic dziwnego że w Polsce sieciówki typu H&M, C&A czy inne to szczyt dobrego smaku i elegancji dla wciąż wielu, podczas gdy w Niemczech to najwyżej biedniejsza część klasy średniej tam się ubiera. Zawyżanie ceny za sprzedawany produkt wystarczy na tworzenie mitu elitarności i dobrej jakości w Polsce. Jednak nasz kraj to wciąż zaścianek, mimo zapewnień kolejnego młodziana ”To symboliczny koniec z mitem polskiego zaścianka. Już nie musimy wyjeżdżać za granicę, by coś osiągnąć czy napić się kawy. Teraz mamy równe szanse” - cieszy się 20-letni Tomasz, student zarządzania.

Należy pamiętać o ciemniej stronie, chętnie skrywanej, sieci kawiarni Starbuck`s. Mimo zapewnień o społecznej odpowiedzialności biznesowej, tylko 6% zakupionej kawy jest płacona wedle zasady Fair Trade (jednak na oficjalnej stronie koncern wciąż podaje, iż dba o interesy producentów kawy i ich rodzin). A w marcu 2008 firma przegrała spór sądowy z pracownikami w Kalifornii, którzy pozwali pracodawcę za obowiązek dzielenia się napiwkami z kierownictwem, który miał miejsce przez prawie osiem lat. Sąd nakazał koncernowi zapłatę 87 milionów dolarów plus odsetki (łącznie 106 milionów dolarów) swoim pracownikom.

czwartek, 09 kwietnia 2009
Już pół roku media ogólnoświatowe i polskie trąbią o wszechświatowym kryzysie ekonomicznym. Dla mnie to raczej spowolnienie gospodarcze niż kryzys, bowiem ten ostatni kojarzy mnie się ze stanem zapaści gospodarczej w stylu lat 30. ubiegłego wieku lub tego co się działo w PRL za Jaruzelskiego. Ale dla bogatej części świata, wszystko to co nie jest wzrostem, jest kryzysem. Ale do rzeczy.
 
Tak sobie patrzę, czytam i słucham jak rządy wielu państw probują skutecznie walczyć z ową katastrofą. I na razie głównym kierunkiem działań to interwecjonizm a la socjalizm. Czyli nacjonalizacja, sterowanie ręczne gospodarką, drukowanie pieniądza celem pobudzenia konsumpcji, dopłaty dla kupująych określone dobra przemysłowe, dopłacanie do bankrutów. Jednym słowem, coś czego liberał unikał i czym się brzydził. Jak na razie Polska pozostaje trochę w tyle za tymi "świetlanymi i nowoczesnymi" metodami działań. Co prawda nie daje grubych miliardów złotych bankom (vide USA, Wielka Brytania), nie wykupuje akcji czyli nie następuje częściowa nacjonalizacja (Niemcy), ale i tak mamy z ukrytymi na razie formami pomocy sprzecznymi dla mnie z wolnym rynkiem.
 
I tak oto, głośny program "Rodzina na swoim" to nic innego jak pompowanie kasy developerom, którzy zamiast obniżać ceny za ich słabo sprzedające się produkty (mieszkania), co byłoby zgodne z liberalizmem, dostają zastrzyk gotówki. Obniżają oni ceny tylko do pułapu wyznaczonego dla danego województwa i ani złotówki mniej. I mamy oligopol wspierany przez państwo, który drenuje budżet państwa czyli nas, podatników. I to w imię pomocy dla rodzin chcących kupić mieszkanie. Jakby ceny spadły do poziomu ogólnoeuropejskiego czyli cena za metr kw. równa miesięcznej pensji, to by developerzy nie mieliby problemów z upłynnieniem mieszkań i tak by zarobili wystarczająco. Ale oni się przyzwyczaili do nierzeczywistych wpływów i nie chcą zejść na ziemię. A ponieważ jakoś mało kto się pali do kupowania wedle tego programu w obecnym kształcie, to się pojawiają pomysły pomocy państwa dla nich. Ich propozycje to jawna kpina. Objęcie programem tylko nowowybudowanych mieszkań (przeciez akurat kupno z rynku wtónego jest lepsze na start życiowy), podwyższenie limitu kosztowego z 30% na 60-70% (ten limit to tak naprawdę zarobek firm developerskich). O reszcie głupot nie piszę, można tu sobie poczytać - link. Czekam teraz na program "Szynka dla każdego", dzięki któremu kupujący będą dostawac częściowy zwrot kupna szynki w wysokości 10%, ale tylko za produkt z ceną do 25 zł/kg. A producenci wędlin lub sklepy akurat sprzedawać będa szynki tylko za 24,99zł/kg. 
 
Również  wielcy przedsiębiorcy z Lewiatana upominali się o pomoc państwa dla siebie.  Oczywiście zatroskani byli o swoich pracowników, których trzeba będzie zwolnić bez pomocy państwa dla przedsiębiorców. A ja się pytam - czy my mamy kapitalizm czy socjalizm?? Jak na początku lat 90. padały nierentowne firmy, ludzie szli na bezrobocie, to Lewiatan przypominał o kapitalizmie, o możliwości przebranżowienia się, szukania pracy w innej części kraju czy nawet za granicami Polski.  Grzmiał na nierobów, że nie chcieli brać pracy za minimalną płacę. To teraz ja mam dla nich taką radę. Czyńcie wedle tych samych rad, zobaczcie jak to jest na wolnym rynku, kiedy prowadzenie firmy, to nie tylko sukces, ale też i porażka. Bankructwo jest wpisane w ryzyko prowadzenia firmy. Nie należy przerzucać tego ryzyka na barki społeczeństwa.
 
PS. 10.IV.2009 No proszę bardzo.  Nawet pan Marek Wielgo się ze mną zgadza (chcoiaż nie wiem czy to zaszczyt ;-]). Napisał, iż "Rodzina na swoim" to trzymanie poziomu cen mieszkań na poziomie odstającym od rzeczywistościi nijak związanym z możliwościami finansowymi Polaków. Warto poczytać jak dotychczasowy nadworny piewca developerów kąsa swoich płatników - link.

sobota, 04 kwietnia 2009

Dziś w Krakowie.

Na koniec przyszedł pan z Zakładu Oczyszczania Miasta. Jeden. Posprzątać.

21:29, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Społeczeństwo
Link Komentarze (7) »