niedziela, 28 listopada 2010

Wezmę na tapetę dwa przykłady. Osławione przez media Agory Podkarpacie czyli tradycyjny bastion PiS czy też ogólnie mówiąc prawicy oraz Ursynów, o którym te same media piszą jako bastionie PO czy liberalizmu w Warszawie. W obu przypadkach wybory wygrały siły mające tam swoje mateczniki. Jednak wygranie wyborów to nie to samo co rządzenie! W skrajnej wersji w obu przypadkach zwycięzcy będą w opozycji. Na Podkarpaciu w sejmiku wojewódzkim zawarta została umowa koalicyjna PO, SLD i PSL przeciwko PiS. Ta ostatnia partia stara się, mimo wszystko, przekabacić dwóch radnych z SLD lub PO na swoją stronę. W takim scenariuszu te dwie szabelki więcej pozwolą na utrzymanie władzy na kolejne 4 lata podwładnym Kaczyńskiego. Tymczasem na Ursynowie sytuacja jest ciekawsza. Komitet wyborczy "Nasz Ursynów" ma do dyspozycji dwie panny na wydaniu. Z jedną się czubi i jej nie bardzo pożąda (PO), druga jest brzydka i ma muchy w nosie (PiS). W wersji najbardziej surrealistycznej to PO będzie w opozycji, mimo matecznika itd. Ciekawe czy w takich sytuacjach media Agory będą pisały o Ursynowie jako bastionie PiS?? Nie sądzę, a szkoda, skoro PiS w takim scenariuszu by rządził. Tak to jest z wygranymi wyborami, nie zawsze automatycznie oznaczają rządzenie w swoim bastionie.

19:29, leszlong
Link Komentarze (3) »
wtorek, 23 listopada 2010

Gazeta Wyborcza niezliczoną ilość razy powieliła mit o klerykalnym Podkarpaciu, głosującym na PiS pod dyktando Kościoła.

Tymczasem takie wyjaśnienie, proste i leczące kompleksy mieszkańców "metropolii", nie jest moim zdaniem prawdziwe. Pomijam to, że podkarpackie wyniki PiS wcale nie są takie świetne, jak to przedstawia Gazeta. Może napiszę o tym kiedy indziej, a może czytelnik sam zechce poszukać szczegółów na stronach PKW, gdy już będą opublikowane. Tutaj chcę napisać o dwóch ogólnych zjawiskach.

 

1. Głosowanie do władz wyższych szczebli jako czerwone światło dla partii rządzącej.

Usilnie lansowany przez PO i Gazetę Wyborczą mit o "metropoliach" (hłe, hłe, Mellehowicz!*) tak naprawdę ma na celu racjonalizację faktu, że pewne regiony Polski są niedoinwestowane i w planach partii rządzącej mają takimi pozostać.

Wyborcy z tych regionów doskonale zdają sobie z tego sprawę. Skoro więc są olewani przez rządzących - głosują na opozycję. I to jest zupełnie logiczne posunięcie, które nie ma nic wspólnego z dyktaturą kleru.

Jeśli chodzi o Podkarpacie, w ostatnich latach tak się dzieje w głosowaniu do władz wyższych szczebli, np. do Sejmu.

(Również w pewnym stopniu widać to w głosowaniu do sejmiku województwa - choć tam PiS wygrał minimalnie i w efekcie stracił większość na rzecz koalicji PO-SLD-PSL. Już w tym przykładzie mamy coś niestereotypowego: Szeroka koalicja centroprawicy z komuchami? Na klerykalnym Podkarpaciu? Kto by pomyślał, państwo redaktorzy, prawda?)

 

2. Głosowanie do władz niższych szczebli nie z klucza partyjnego, tylko na podstawie bezlitosnych konkretów.

Podam przykład z przedwczorajszych wyborów. Na "pobożnym Podkarpaciu", w Rzeszowie, zaistniała taka sytuacja:

Wybory wygrał po raz trzeci lewicowy prezydent Ferenc. Jednak okazało się, że w jego macierzystym okręgu, na osiedlu Nowe Miasto, gdzie był jak dotąd bardzo popularny - nagle przegrał z konkurentem z PiS. Czyżby osiedle stało się pobożne i głosowało pod dyktando Kościoła?

Wręcz przeciwnie!  Wyborcy zagłosowali na złość na prawicowego Cyprysia, żeby zemścić się na lewicowym Ferencu za... podlizywanie się Kościołowi!

Otóż Ferenc wywołał na osiedlu aferę, bo próbował oddać Kościołowi kawałek boiska szkolnego na budowę nikomu niepotrzebnej kaplicy. Ludzie zaczęli protestować i Ferenc musiał się wycofać. A potem jeszcze dostał baty w wyborach. Jakże to nie pasuje do stereotypów o klerykalnym Podkarpaciu, nieprawdaż, państwo redaktorzy?

Jak widać, w wyborach lokalnych nie ma miejsca na myślenie kalkami partyjnymi. Liczy się to, co który działacz robi, a nie do której partii należy. To tylko głupi, niezorientowani dziennikarze tworzą szkodliwe mity.

A mit o zacofanym, klerykalnym Podkarpaciu jest szkodliwy, bo sam siebie nakręca: Im bardziej region jest przedstawiany jako ciemna, zabobonna prowincja, tym mniejszą "światli" mieszkańcy "metropolii" mają ochotę, żeby go doinwestowywać. I szafa gra, rząd jest zadowolony, że udało się zaoszczędzić trochę grosza pod ładnym pretekstem budowania "lokomotyw rozwoju".


* W razie jakby ktoś nie wiedział: W Trylogii Sienkiewicza zły Azja ukrywa się pod przybranym nazwiskiem dobrego pana Mellehowicza. W Trójce leci od lat "Rycerzy trzech", parodia Trylogii. W audycji wszyscy z grzeczności udają, że nie wiedzą, kim jest ten pan. Jednak ile razy pada jego nazwisko, tyle razy komuś wypsnie się: "hłe hłe, Mellehowicz".

08:11, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Podkarpacie
Link Komentarze (10) »
niedziela, 21 listopada 2010

Już myślałam, że najdziwniejszym kandydatem tegorocznych wyborów samorządowych zostanie Gniewomir Gwidon Ireneusz Rokosz-Kuczyński herbu Ostoja, krakowianin niebywale ustosunkowany w kręgach kościelnych (lista osób, które chrzciły jego dzieci - równie imponująca, jak jego kontusz).

Ale jednak nie. Zdeklasował go warszawski kandydat partii Zielonych z listy SLD, Tomasz Piątek. Czy macie pomysł, jaką wiadomość chciały przekazać wyborcom te partie? Otóż wystawiły człowieka, o którym Wikipedia pisze, że jest czynnym heroinistą, a który na swej stronie www wyznaje z rozbrajającą precyzją, że na narkotyki przebimbał już 800 tys. zł...

22:44, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Polityka
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2